poniedziałek, 28 listopada 2011

Z drugiej ręki


Pewnie słyszeliście o tej kolejowej zawierusze? 16 Kilometrów uszkodzonej trakcji kolejowej, pęknięty wiadukt, brak prądu w kilku tysiącach domów. Absolutnie mnie to nie zdziwiło. Tak to się kończy, kiedy Xiężna rusza w tzw. balet. Z tego, co słyszałem po prostu wpadła na pomysł zoorganizowania koncertu. W końcu była sobota, trochę wiało i tylko czekać migreny. Wynajęcie stadionu okazało się dość proste. Gorzej było ze sprowadzeniem pewnego zespołu na literkę D. Jednak dla osoby, której drzewo genealogiczne zajmuje więcej stron niż jakakolwiek konstytucja, to tak naprawdę nic wielkiego. Jak się okazuje lunche w towarzystwie wielkich tego świata też się przydają, choć czasami trudno jeść obok kogoś kto nie rozróżnia 6 rodzajów kieliszków. Wszystko zostało, więc dopięte na przysłowiowy złoty guzik. Czas ruszać tylko w drogę. Limuzyny i helikoptery to dobre dla nowobogackich biznesmenów. Autobusem to może sobie premier podróżować. Xiężna zawsze, ale to zawsze podróżuje salonką. Dobra powiem więcej pociągiem. Jeśli ktoś ma przy swojej rezydencji bocznicę to naprawdę nie jest to taki duży problem. Alkantara, kryształowe krany, odpowiednio przeszkolona służba w liberiach zaprojektowanych przez. Nie, niech to akurat zostanie tajemnicą. Wszyscy goście się zmieścili było miło i spokojnie. Wypito tylko 30 skrzynek szampana od Period Ricarda. To naprawdę nie tak dużo. Wszyscy woleli oddać się refleksji podróży, słuchając małej orkiestry symfonicznej, która w ostatniej chwili została umieszczona w ostatnim wagonie. Przecież nie mogli słuchać plebejskiego radia. Pewnie myślicie, że na koncercie też się działy jakieś ekscesy? Występ jak to występ. Kilku muzyków, płyta stadionu, światła, bajery. W lożach VIP i tak się ogląda wszystko na telebimach, bo kto by tam marzł w listopadzie na zewnątrz. To dobre dla pariasów kupujących bilety rok wcześniej. Impreza tak naprawdę rozkręciła się w drodze powrotnej. Nikt już dziś nie pamięta, kto rzucił hasło „zjazdu po białej łące”. Nikt też nie przyzna się do pomysłu na „najdroższy drink w najmniejszym kieliszku”. Kto zadzwonił aby przysłano tresowane w podawaniu kawioru szympanse, delfina mówiącego w języku migowym w siedmiu językach czy słonia wyszkolonego w robieniu trąbą perwersyjnego pedicure tego naprawdę nie wiadomo. Fakt jest niezbity, że kiedy podłączono agregat i armatki śnieżne, ktoś przegrał kilka alpejskich wiosek. Kulig pociągiem da się jednak zorganizować. Szkoda tylko, że kolejowa infrastruktura nie była na to gotowa. Podsumowując to impreza się udała. Chodzą jednak słuchy, że kilka osób obudziło się z dość wyuzdaną fryzurą intymną. Oczywiście nikt się nie przyznaje jednak jak się okazało, słoń skończył też fantazyjny kurs fryzjerski w Amsterdamie. Xiężna postanowiła na jakiś czas przystopować z imprezami. Wraca do siebie w swoich „Platynowych Trasach”. Podobno planuje też wymianę większości aktywów w euro na indyjskie rupie. Tak przynajmniej pisali w niedzielnym wydaniu Błękitnej Krwi. Oni to jednak opanowali przekupywanie służby do perfekcji. 

niedziela, 13 listopada 2011

do wód...

Postanowiliśmy z Baronem zadbać o swoją zdrowotną odporność. W końcu idzie zima, grypa i wszystkie te plebejskie przeziębienia. Udaliśmy się zatem do przypadkowo wybranego uzdrowiska. Trafiliśmy na nieszczególne warunki lokalowe. Jedyny godny pałac został zajęty przez stado wymizerniałych handlowców w tanich bucikach. Zmusiło nas to do wynajęcia willi Aldona. Bida i slams. Nic więcej na temat tej czterogwiazdkowej nory. Samo leczenie nam się podobało. Kąpiele w błocie, masaże, termy. Nasze zmęczone ciągłymi inwestycjami ciała, reagowały na te zabiegi z najwyższą ulgą i starannością. Piliśmy też tę słynną wodę. Jej zapach przypominał nam pewną restaurację w Hong Kongu gdzie podawano kacze jaja, 10 lat po terminie przydatności. Jednak ta wodą działała i warto było się poświecić. Baron dla przykładu oczyścił swoje nerki ze złota, którym doprawiał przez ostatni rok niedzielne desery. Amerykański filtr zakładany na pisuar zadziałał znakomicie. Zdradzę tylko, że ten dyskretny ruch przy dzisiejszych cenach kruszcu pozwolił zamortyzować cały pobyt. Byliśmy obydwaj bardzo zaskoczeni jurnością emerytów kuracjuszy. Nawet dodam, że zgorszeni. Ogólnie ten geriatryczny hedonistyczny porno ciąg bardzo nas zniesmaczył. Dobrze, że zabraliśmy zestawy zatyczek do uszu. Najgorsi byli ci emerytowani managerowie, wypychający sobie butonierki i krocza zwitkami banknotów. Jak mogliśmy zaobserwować, ten sposób działał wyjątkowo na pewien gatunek młodych pań, odwiedzających park zdrojowy po zmroku. Jadły tym starcom z ręki, a  nawet z czegoś innego. Pfu. Uradziliśmy z Baronem na koniec turnusu, że sprawimy sobie takie uzdrowisko. Wybierzemy jednak bardziej słoneczne miejsce. Może jakaś wyspa? Zobaczymy. Jedno jest pewne, emerytom i rencistom wstęp surowo wzbroniony. Natrafiliśmy w tym miłym uzdrowisku przez całkowity przypadek na małą żyłę energetycznego złota. Pewna nieświadoma, protestująca, uliczna ekolożka uświadomiła nam, że wokół są spore i opłacalne złoża uranu. Nasi ludzie zaczęli już odwierty. Sorry Winnetou. Biznes jest biznes,a na tej jakości usług i klienteli długo byście  nie zajechali.

ps.
Dziękujemy dr Leoni, kierowniczce działu zabiegów, że oszczędziła naszym zbolałym ciałom dotyków (choćby tylko medycznych) dłoni, męskiej części personelu. Wierzymy, że tylko kobiecy dotyk potrafi podbić wigor prawdziwych mężczyzn.

piątek, 30 września 2011

Arystokratyczna eugenika szczęścia

Mason, żyd, różokrzyżowiec... Tak często zawistni określają Barona. Widać, że nic, a nic plebejsko nie rozumieją. Postanowiłem, że arystokratycznie raz na zawsze wam to wyjaśnię. Kiedy ktoś się mnie zapyta dlaczego od lat robimy wspólnie z Baronem interesy to odpowiadam, że łączymy w tym przyjacielskim holdingu dwie opcje: tradycję handlową i tradycję ziemiańską. Skąd to się bierze? Kiedy mój ród metodyką szachowego konika małżeństwami i testamentami zbierał kolejne latyfundia od Karpat i Alp na północ, to Baronowski ród na południe od tej linii, robił to samo wśród rodów kupieckich. Spotkaliśmy się familijnie gdzieś w sytuacji hanzeatyckiej i odtąd wspólnie działamy ale to już inna historia. Wracając do tematu. Jeśli połączysz najlepszą krew z wielu obszarów ale z jednej tematyki to otrzymujesz dobre zdrowe geny oraz niesamowicie mocne kontakty. Dlatego Baron równie dobrze czuje się w Hamburgu, Wenecji, Tel awiwie czy  Buenos Aires. On jest handlowcem na miarę naszych czasów. Gentlemenem bez zbędnej gotówki czy plebejskich rat. Jeśli go oczerniasz to wiesz, że przegrałeś bo jesteś tylko maluczkim tego świata. To w Ciebie uderza wartość franka, światowy kryzys, cena ropy i Twoje własne marudzenie. On robi swoje bo wie, że będzie to co ma być czyli dobrze. Naprawdę mu zazdroszczę w czasie oficjalnych spotkań kiedy ja muszę się gnieździć w zbroi herbowej, a on w stroju weneckiego doży zamiast miecza dzierży pod pachą swoją złotą księgę dłużników. Pamiętajcie handel i ziemia reszta to iluzja dla pariasów.

środa, 21 września 2011

Audiencja u Barona

Audiencja u Barona wygląda tak, że kiedy przyjdzie już Twoja pora zostajesz poinformowany przez Jego kancelarię o czasie i  miejscu. Nie próbuj tego  lekceważyć. Każdy ma tylko jedno posłuchanie. Jedno! Gdy wkroczysz w jego nieskromne progi poznasz go z mniej oficjalnej strony. Szlafrok herbowy z alcantary wyszywany złotem, atłasowa szlafmyca, kapucie ze skór oposów. Doceń, że możesz oglądać jego prywatność. Uklęknij na pół metra od jego krzesła, ucałuj w sygnet, połóż swój osobisty prezent (to musi  być coś osobistego, niematerialnego bo Baron ceni tylko te prezenty, które nie może kupić), i usiądź we wskazanym miejscu. Przedstaw pokrótce swój problem i słuchaj wyraźnie złotoustych porad Barona. Jak pokazuje życie nikt inny nie udzieli Ci takich rad. Nikt. Spekulacje, cash & flow, handel kopalinami, zresztą handel prawie wszystkim, inwestycje, dzieła sztuki, hodowla japońskich ras psów... Tematyka potrafi przytłoczyć. Wiele młodych, świadomych osób ze środowiska, już po dostaniu się na renomowana uczelnię zapisują się na listę audiencyjną. Wiedzą, że jeśli wszystko będzie dobrze i wykażą się cierpliwością to około 30 roku życia uda im się wysłuchać jego rad. Czasami bez kolejki próbują się wbić prezesi spółek giełdowych, jacyś przypadkowi nowobogaccy czy interesowni politycy. Jednak mówiąc wprost: Nie ma takiej opcji. Nie ma!

poniedziałek, 12 września 2011

Powrót z Monte Carlo

Baron opowiedział mi ostatnio historię jak to zawstydził młodych miłośników motoryzacji. Wszystko zaczęło się w Monte Carlo gdzie udał się odpocząć trochę w kasynie. Z powodu tego pyłu wulkanicznego nie mógł polecieć swoim samolotem więc pojechał Astonem. Był tak zmęczony przez dziury na drodze, że po przybyciu na miejsce, wpierw odwiedził dla uspokojenia swoje konie wyścigowe (Moi drodzy może o tym nie wiecie ale zarówno u niego jak i u mnie, żeby zostać koniuszym trzeba oprócz odpowiedniego wykształcenia i tradycji rodzinnych mieć na swoim koncie przynajmniej trzy wygrane w Wielkiej Pardubickiej). Oglądając ujeżdżanie zauważył pewnego szejka śliniącego się na widok jego ogierów pełnej krwi. Oczywiście gość chciał już kupować. Jednak Baron z założenia nie sprzedaje koni. Pogadali, wypalili po cygarze i umówili się na wieczór w kasynie. Tam jednak zamiast tracić czas na spauperyzowane obecnie gry, umówili się na partyjkę szlachetnego chińczyka. Szczęśliwa gwiazda zaświeciła w sygnety Barona i wygrał z szejkiem 100 mln ero. Postanowił więc trochę zaszaleć. Zażyczył sobie aby jego Martin został napełniony po dach samymi pięćsetkami w banknocie, a resztę przebalował jak to tylko on potrafi. W końcu musiał wracać bo niestety rynki nie śpią, a rady nadzorcze lubią defraudacje. Ruszył więc autem pełnym po dach pieniędzy przez całą Europę. Wszystko szło gładko do samej granicy. Po jej przekroczeniu postanowił poszukać miejsca godnego na oddanie szlachetnego moczu. Znalazł pewien zajazd. Parking tego przybytku był jednak pełen lokalnych miłośników tzw wizualnego tuningu. Gówniane auta, gówniana muzyka, gówniana ekipa to zawsze działa na Barona jak płachta na byka. Niestety fizjologia czasem jest silniejsza. Już samo pojawienie się jego Astona w tym beznadziejnym miejscu wzbudziło sensacje i zazdrość. Gdy wysiadł z samochodu i otrzepał się ze zbędnej gotówki, wycierając z kurzu swoje buty banknotem wzbudził zaciekawienie. Czuł, że z tym plebsem może być jeszcze problem. Wziął więc z auta futerał ze sztucerem, który dla zwykłego człowieka mógł wyglądać w szarówce popołudnia jak zestaw wędkarski. Tylko zdołał się wysikać i powrócić na parking, a pariasy już zaczęły dobierać się do jego auta obrzucając go przy tym inwektywami. W Baronie zagotowała się krew. Wyciągnął i przeładował sztucer. Fakt zna litość i strzelał sprawiedliwie tylko po  kolanach. Policja, która przyjechała już po fakcie biła brawo i eskortowała go już do samego pałacu. W końcu to on stanowi prawo, to u niego rząd tego kraju się zapożycza, to jego zdenerwowano. Wiem, że potem wysłał tym pariasom kartki z życzeniami do szpitala wprost z Madery. On jest prawdziwym gentlemanem.

Suma sumarum czyli horror w jacuzzi

Raz na jakiś czas, z Baronem, odwiedzamy pewien myśliwski pałacyk położony nad uroczym jeziorem. Niestety jego właściciel, nie mający pojęcia o arystokracji i manierach pragnie uczynić z niego gniazdo rozpusty i bezguścia w stylu Dynastii. Podają tam jednak wyjątkowo dobre bawarskie piwo, a piękne zachody słońca zmuszają do refleksji nad upadającą wciąż cywilizacją. Tylko dlatego tam czasem jesteśmy. Tak sobie więc siedzieliśmy, aż pojawiła się jakaś nowobogacka para w szlafrokach. Obserwowaliśmy co oni będą robić bo chyba nie kąpać w tym zbiorniku pełnym całej tablicy Mendelejewa. Tu jednak pokojowa nas zaskoczyła bo okazało się, że w kącie na tarasie ukryte wśród foliowych zasłonek jest jakuzzi. Nowobogaccy niczym aktorzy z niskobudżetowych, glamourowych produkcji plejboja rzucili się na nie jak młodzież na chińskie gacie z wysprzedaży. Nie wiedzieli pewnie, że woda w środku jest z jeziora i to pewnie nie zmieniana przez cale lato, a na zasłonkach czają się wyjątkowo paskudne drobnoustroje. Jednak poczuć się jak w Dynastii to ma swój czar. Obserwowaliśmy co się dalej będzie działo. Pokojowa przyniosła im tego ruskiego szampana z agrestu po 1 ero za butelkę (kiedyś tego próbowałem. mój szampon smakuje lepiej). Dodała do tego żałosnego widowiska plastykowe kubeczki. Po prostu Wersal. Gadaliśmy więc dalej o sobotniej akcji spekulacyjnej obserwując co się dalej będzie tutaj działo. Para zachowywała się coraz bardziej swawolnie co było jasne po coraz głośniejszych jękach. Wstyd tak przy ludziach. Już miałem wstać i zrobić z tym bagnem porządek ale sytuacja wymknęła się z pod kontroli. Wpierw padło mało dziwne stwierdzenie: -Nie. Tam nie. Misiu przecież Ci mówię. -Potem było słychać już tylko jeden wielki krzyk, a chlust wody od strony jakuzzi odbił się od ścian. Wszystko momentalnie ucichło. Zaraz pojawiła się pokojowa z właścicielem i zaczęli strasznie krzyczeć. Zapalono lampy i okazało się, że po naszej parze zostało dosłownie kilka kawałków. Szybkie śledztwo wskazało na węgorza mutanta ludojada grasującego w jeziorze. Musiał bezszelestnie wpełznąć do jakuzzi i mówiąc obrazowo wpierdolił nowobogackich. Właściciel sprowadził ludzi ze wsi. Na pontonach, kajakach i łodziach, z pochodniami w dłoniach przeszukiwali okolice. Niestety węgorz wsiąkł. Oglądaliśmy z Baronem to tragiczne widowisko myśląc do czego to prowadzi brak dobrego, arystokratycznego właściciela okolicy. W naszych włościach ta bestia nie miałaby prawa się nawet narodzić. W końcu wsiedliśmy w Bentleya i ruszyliśmy w drogę powrotną. Tuż za 8 zakrętem jakieś cielsko leżało na drodze i dyszało. Może to był odyniec. Baron nie zastanawiając się długo zatrzymał wóz, wyciągnął z pod skrzynki Ewiana (jego pies ma słabość do tej wody i innej nie pije) swój afrykański sztucer na słonie grawerowany srebrem i wystrzelił w tę bestię cały magazynek. To chyba był ten węgorz bo miał większe wąsy od dzika i płetwy. Tak czy inaczej jak szlachta nie zaprowadzi ładu to wszystko zamienia się w chaotyczne bagno.Arrivederci moi przyjaciele. Do następnego!

Bal u księżnej Doris...

W piątek przed południem zadzwonił do mnie Baron i mówi: -Słuchaj Bart, xiężna, Doris ta stara wariatka urządza u siebie niezły bal. Będą bażanty, kilka dzików i może jakiś cudem znajdzie się kilka ładnych, młodych i chętnych arystokratek. Jedziesz mon diuke? -Pewnie, że tak. Cóż miałem innego do roboty. Giełdy stoją, krykiet już mi obrzydł. Pojechaliśmy. Zgrzyt zaczął się już na parkingu pod bramą. Baron parkował swojego złotego Bentleya, a tu podchodzi do nas jakiś parias parkingowy ubrany jak na pogrzeb, żąda przepustek i opłaty. Nie wiem co mu odbiło. Czyżby nie widział alcantary z herbami na obiciach tapicerki? Może nasze prążkowane fraki D und G i Hugo nie były zbyt krzykliwe. Może sygnety nie lśniły odpowiednio mocno w blasku księżyca. Tak czy inaczej miał szczęście, że nie posiadałem akurat przy sobie bata bo bym go  nauczył manier. Doris jest znana z dziwnych eksperymentów ze służbą. Kiedyś, wyobraźcie sobie zatrudniła czarnego kamerdynera. Nawet sobie nie wyobrażacie jaką katastrofą się to skończyło. Wróćmy jednak na bal. Oczywiście z samą xiężną nie mieliśmy się nawet jak przywitać. Podobno zjechała windą w podziemia polerować rodzinne srebra choć jak mówią złośliwi nie tylko to. W końcu bycie excentrycznym arystokratą zobowiązuje.
Impreza ogólnie zaczęła się sztywno. Koronki, fraki, kwartet smyczkowy popierdujący Mozarta. Burgund jednak lał się całkiem solidnie więc nie narzekaliśmy. Z każdym kielichem wina okoliczne arystokratki, wyniszczone przez zbyt bliskie krzyżówki genetyczne, wydawały nam się coraz bardziej atrakcyjne. Baron nawet wyszedł z taką jedną do sali nocnikowej. Wróciła z jakimś kremem na ustach ale jej niedowidząca matka tylko głupio rzekła, żeby nie podjadała z torta zanim go oficjalnie nie wniosą. Takie stwierdzenie przed podaniem pierwszego dania mogło świadczyć tylko o głupocie większej niż jak to mówią wielkie merde.Chcąc nie chcąc to jak się okazało to właśnie wielkie gówno okazało się być niespodziewanym klu programu. W pewnym momencie przed podaniem głównego dania, zagrały fanfary i na balkonie pojawił się wodzirej czytający list od xiężnej. Brzmiało to mniej więcej tak: Moi kochani goście. Ponieważ po latach experymentów wracam do starych, dobrych i sprawdzonych wzorów wypracowanych przez mój zacny ród przez wieki zatem zapraszam was do klasycznej barokowej zabawy. W jednym z talerzy głównego dania jest ukryty kawałek mojej porannej kupy. Kto na niego trafi zostanie mianowany przez wodzireja królem lub królową balu... Po tym oświadczeniu zapanowała kłopotliwa cisza przerwana na szczęście przez dworską orkiestrę. Zaczęto wnosić parujące talerze. Ludzie jak widać zaczęli bić się z myślami,a tym bardziej z korzyściami. Goście tacy jak my z Baronem mieli to głęboko w naszych szlachetnych dupach i nie jedli. Jednak Ci zależni od xiężnej lub liczący na spadek wzięli się za pałaszowanie. Zimnego klocka Doris trafiła pewna baronessa, patrząc po niemodnej sukni, biedna jak mysz kościelna. Cieszyła się jakby jej ruch spekulacyjny dobił właśnie giełdę jakiejś wschodzącej gospodarki z dalekiego wschodu. Tego już było nam za wiele. Wstaliśmy z Baronem i udaliśmy się na dziedziniec. Po wypaleniu kilku dominikańskich Barmolarów (dla pariasów tłumaczę, że to najlepsze dominikańskie cygara. Kubańskich nie palimy bo nie używamy komunistycznych marek), miłej i dość cielesnej rozmowie z córkami ogrodnika popatrzyliśmy w niebo. Andromeda była na swoim miejscu. Czyli świat kręci się dalej. Au revoir moi drodzy i do  następnego!